Przejdź do głównej zawartości

Wileński kontrast


     Jakoś nigdy nie miałem okazji odwiedzić kraje nadbałtyckie. Nie miałem również wyrzutów sumienia z tego powodu. Po prostu nie sądziłem, że mogą one zaoferować cokolwiek ciekawego.
Mając jednak trochę czasu w wakacje postanowiłem wybrać się na jeden dzień w tamte strony. Wybór padł na Wilno, stolicę Litwy. Szybko kupiłem bilety i już kilka dni później, po całonocnej jeździe z Warszawy, dojechałem na miejsce.
Pogoda niestety od początku nie dopisywała. Duża ulewa zamieniła ulice w rzeki. Deszcz wydawał się nie mieć końca. Był jednak w tym niewątpliwy plus. Szara i pochmurna pogoda dopełniała klimat, który zobaczyłem tam w niektórych miejscach. W takich miejscach, do którego żaden turysta raczej się nie wybiera. A szkoda, bo dzięki temu można zrozumieć stolicę Litwy całościowo. Z jednej strony cudne stare miasto z siecią wąskich i długich uliczek, a z drugiej pozostałości po czasach minionego ustroju. Z jednej stare poradzieckie trolejbusy, a z drugiej nowoczesne Solarisy, których nie powstydziłaby się nawet Warszawa. Miasto pełne kontrastów...
     Wilno Polacy darzą wielkim sentymentem: Rzeczpospolita Obojga Narodów, "Inwokacja", Czesław Miłosz. Dziś trudno jest znaleźć "polskość" na ulicach Wilna, poza wmurowanymi tablicami upamiętniającymi znanych mieszkańców. Przemierzając uliczki starego miasta nie udało mi się usłyszeć naszego języka. Miasto za to przyciąga dużo turystów z zachodu, dlatego też co chwilę można zasłuchać angielski, a także... rosyjski. Korzystający z bezwizowego ruchu mieszkańcy Obwodu Kaliningradzkiego mimo wszystko bardzo chętnie zapuszczają się w te rejony.
     Co oferuje nam Wilno? Najlepiej jest zgubić się pośród uliczek Starego Miasta, przejść się pod Ostrą Bramą, odwiedzić Górę Zamkową wraz z Placem Katedralnym, pobłądzić wokół Prospektu Giedymina (przejście od początku do końca ulicy zajęło mi prawie 40 minut). Warto odwiedzić miejsca szczególne dla Polaków, ale to wszystko jest już opisane w internecie. Czy jest coś jeszcze, coś co szczególnie zwróciło moją uwagę? O tym poniżej tych zdjęć ;)




















     Są jeszcze miejsca w Wilnie, które pamiętają czasy ZSRR. Jednym z nich jest dzielnica Fabianiszki. Osiedle zaczęto budować w 1989 roku i skończono je 2 lata później. Pomimo tego, że budynki nie mają jeszcze wielu lat, to można poczuć się pośród nich jak w Związku Radzieckim. Beton, szarość, symetria. Niektóre obiekty mają jeszcze pozostałości po rosyjskich nazwach. Nic dziwnego, że dzielnicę upodobali sobie twórcy hitowego serialu "Czarnobyl" od HBO. To właśnie tutaj umiejscowili Prypeć, ponieważ wszystko wygląda tak jakby zatrzymało się w czasie.
W oddali snuje się też wieża telewizyjna. Ma 326 metrów, co czyni ją najwyższym obiektem w kraju. Odegrała ona smutną historię w wydarzeniach styczniowych. 13 stycznia 1991 roku radzieckie czołgi rozjechały 15 osób i raniły kolejne 700.




























































Jest jeszcze jeden ciekawy obiekt z czasów ZSRR. Jeszcze do niedawna występowały tu gwiazdy muzyczne i rozgrywano mecze koszykówki. Jest nim Pałac Sportu. Jego wielką i szarą bryłę nie sposób nie dostrzec będąc w okolicach zamku, czy też rzeki. Zbudowany w 1965 roku na miejscu dawnego cmentarza żydowskiego zaczął popadać w ruinę tuż po upadku komunizmu. Dziś stoi opustoszały, a szkoda, bo ponoć skrywa cudne wnętrza.













     Jak widać Wilno jest ciekawym miastem do zwiedzania, pełnym kontrastów. Z jednej strony możemy odwiedzić śliczne stare miasto, czy też przejść się długimi alejami, a z drugiej popodziwiać resztki minionej epoki. Czasów, w których wychowało się większość Polaków.