Przejdź do głównej zawartości

Gruzja w tydzień (cz. II: Gori - Tbilisi)


  GORI

 
W drodze do Tbilisi, jadąc odcinkiem autostrady, można zahaczyć o Gori. Miasto to doznało dużych strat podczas wojny rosyjsko-gruzińskiej. W wyniku bombardowania oraz okupacji Rosjan, zginęło tutaj ponad 20 osób (w tym dziennikarz), a drugie tyle uznaje się za zaginione. Dziś już na szczęście nie ma praktycznie śladów tamtych wydarzeń, a Gori podniosło się ze zniszczeń
Miasto za to słynie jeszcze z tego, że przyszedł tu na świat Józef Stalin (właść. Ioseb Besarionis Dze Dżughaszwili), jeden z największych zbrodniarzy XX. wieku. 

Dyktatorowi zostało poświęcone tu muzeum otwarte jeszcze za czasów jego życia w 1937 roku. Zwiedzanie go jest niczym powrót do połowy ubiegłego wieku. W pełnym klimatu budynku przyozdobionym w stylu socrealistycznym możemy znaleźć liczne pamiątki po Stalinie. Dywany, pełno obrazów, naczyń, oryginalne biurko i wiele innych rzeczy pozwala wyobrazić nam sobie jak wielkim kultem był on obdarzony. Widać, że wystrój muzeum nie zmienił się od lat, a przewodnicy... żyją jeszcze mentalnie w tamtych czasach. Wypowiadają się o Stalinie przez pryzmat jego pozytywnych osiągnięć. Usłyszałem, jaki to on był dobry, wielkoduszny i szlachetny oraz jak rozdawał pieniądze biednym dzieciom. Niestety z ust rosyjskojęzycznej przewodniczki nie padło nawet wspomnienie o czystkach, czy też ludobójstwach, które on przeprowadził. Wystawa mu poświęcona również nie wspominała o tych wydarzeniach. Przemierzając ciemne pomieszczenia muzeum wraz z towarzyszącym dźwiękiem trzeszczącej, drewnianej podłogi próbowałem wyobrazić jak mogłoby analogicznie wyglądać muzeum Hitlera...

Na dole, przy kasach, można było jeszcze zakupić koszulki, długopisy, popiersia jak również butelki wina z podobizną dyktatora. Widać, ze miasto, jak i cała Gruzja, nadal nim żyje, bo takie buteleczki miałem okazję spotkać jeszcze nie jeden raz. Bierze się to też z charakteru mieszkańców Gori, a także wszystkich Gruzinów starszego pokolenia. Kult Stalina jest tam nadal bardzo silnie żywy. Są oni utwierdzeni w przekonaniu, że nie wiedział nic o popełnionych zbrodniach w czasach pełnienia dyktatury przez niego. Wszystko miało dokonywać się bez jego wiedzy, za plecami. Jak dodała przewodniczka w muzeum, pokazując wskaźnikiem na jeden z jego licznych portretów wiszących na ścianie w muzeum: "Popełniał błędy, ale któż z nas ich nie popełnia? Niektóre media błędnie próbują mu przypisać złe intencje". Walką o pamięć Stalina jest chociażby próba obalenia pomnika tego zbrodniarza, stojącego jeszcze do niedawna przed ratuszem w Gori. Do jego zburzenia podchodzono 2 razy - w 1953 i 1988 roku. Za każdym razem protestowali mieszkańcy. Udało się tego dokonać dopiero w 2010 roku pod osłoną nocy. Pomnik miał trafić przed wspomniane już muzeum lecz tak się to nie stało, a Stalin leży sobie teraz gdzieś w błocie na terenie Gori.






 

TBILISI

 

W Tbilisi znajduje się prawdopodobnie wszystko, czego dusza zapragnie. Znaleźć tu można stare miasto, wodospad, nowoczesne wieżowce, skalne klify nad rzeką oraz cudowne góry, na które możemy wjechać kolejkami i z których rozpościerają się wspaniałe widoki na całą aglomerację. Jeśli dodamy jeszcze gigantyczny Sobór, most Pokoju, znane i stare zoo, jezioro Żółwie oraz park rozrywki, to mogę śmiało powiedzieć, że tego miasta nie da się zwiedzić w dwa dni.
Pod względem historycznym Tbilisii nie miało łatwo. Miasto przez ponad 1500 lat od mianowania jej stolicą Gruzji, było najeżdżane przez Arabów, Turków, Chazarów, Persów, Lezginów, Mongołów, aż w końcu przez Rosjan. W międzyczasie było wielokrotnie niszczone i spalane, a pomimo tego cały czas się odbudowywało. Ostatnimi ważnymi wydarzeniami dla tego miasta była rewolucja w 2003 r., a także wielka powódź w 2015 roku. Jak widać Tbilisii miało bardzo burzliwą historię.


Zwiedzanie rozpocznijmy od Soboru Świętej Trójcy. Położona na wzgórzu Św. Eliasza jest budowlą bardzo młodą. Świątynia powstała w 2004 roku z zamiarem uczczenia 2000 lat chrześcijańskiej Gruzji. Jest największą cerkwią w całej Gruzji i wręcz przytłacza swoją wielkością. Spod świątyni rozpościera się ładny widok na zabudowę Tbilisi, a szczególnie na stare miasto, do którego udajmy się teraz.

Plątanina setek wąskich uliczek położonych na zboczu góry zdaje się nie mieć końca. Miejscami jest bardzo stromo i z trudem wchodzi się w coraz to wyższe miejsca. Kolorowe i odnowione budynki mocno kontrastują z szarymi i zaniedbanymi kamienicami przypominającymi nieco Łódź. Wśród nich wyróżnia się jeden budynek, okraszany kolorowymi witrażami na klatce schodowej. Znajduje się na Betlemi street 3. Takich rzeczy jest więcej w Tbilisi. Trzeba mieć niestety sporo czasu, żeby je wszystkie odnaleźć i obejrzeć.




Mijamy Kurę, która jest największą rzeką Gruzji i od razu znajdujemy się na targu ulicznym. Już z daleka przypomina nam Polskę lat 90. Na tym targowisku znajdującym się na Suchym Moście możemy znaleźć dosłownie wszystko. Od ręcznie robionych szali, kapci i butów bez pary, do pamiątek po Związku Radzieckim, starych płyt i monet. Obok leciwej Łady rozkładają się kupcy. Na porozrzucanych kartonach na ziemi kupimy nawet maski przeciwgazowe. 


 
Błądząc pomiędzy stoiskami i ludźmi możemy poczuć się jak w drugiej połowie minionego wieku. Kolorowe świecidełka zdają się kompletnie nie pasować do otaczającej nas szarej i smutnej rzeczywistości. Ludzie dorabiają tam często do emerytury, sprzedając cokolwiek co zalega im w swoich domach.



Warto więc nawiązać tutaj do tematu poziomu życia w Gruzji. Nie łudźmy się, nie jest ono wysokie. Przykładowa pensja sprzątacza ulic to 700-800 lari miesięcznie. Jest to w przeliczeniu około 900-1000 złotych. Jeśli mieszka się w mieści to dochodzą jeszcze koszty ogrzewania (zimą), czynszu, wywozu śmieci etc.
Słyszałem też, że Gruzini są przywiązani do bloków i domów wybudowanych jeszcze w ubiegłym wieku, i dlatego nowo powstających inwestycji sprowadzają się głównie obcokrajowcy.
Na wsi jest o to wszystko zdecydowanie łatwiej. Gruzja jest krajem bez podatków socjalnych. Obowiązuje tam tylko pięć podatków: VAT, CIT, PIT, akcyza i mały podatek od nieruchomości. Pod tym względem jest o wiele łatwiej. Nie istnieją system ubezpieczeń społecznych, a służba zdrowia jest głównie sektorem prywatny. Biurokracja jest tam zdecydowanie na małym poziomie. Przykładowo: założenie firmy trwa kilka minut i można to załatwić internetowo.

Biorąc to wszystko pod uwagę nie jest bardzo źle. Mimo tego, bardzo łatwo spotkać ludzi, którzy próbują dorobić sobie do bardzo niskiej emerytury. Nie raz widziałem starców, którzy próbowali sprzedać na ulicy chociażby wyłuskane przez siebie orzechy za kilka lari .


Kolejnym problemem, który dotyka Gruzji do plaga bezpańskich psów. Nie są one groźne, a wręcz bardzo ufają ludziom. Można je spotkać wszędzie. Przyzwyczajeni do typowego rodzimego "Burka" będą mocno zdziwieni. Nie raz są to piękne, duże psy takie jak owczarki angielskie. Najczęściej są one szczepione (posiadają kolorowe opaski na uszach), ale nie są kastrowane, przez co cały czas ich liczba w praktyce przybywa.

Tymczasem wyruszmy w dalszą drogę. Tym razem tą pod ziemią. Tbilisi posiada bowiem również system metra.
Co ciekawe był on czwartym powstałym na terenie ZSRR pomimo tego, że w tamtych czasach miasto nie spełniało warunku posiadania miliona mieszkańców.
Bilety do metra (a także na inne środki komunikacji miejskiej) są kodowane na specjalnej karcie Metromoney. Jej koszt to 2 lari od osoby.

Ile kosztuje przejazd metrem? Bardzo śmieszne pieniądze, ponieważ przechodząc przez bramki pobierana jest kwota 50 tetri (~70 groszy) i możemy jeździć nim przez 1,5 godziny. Liczba tych minut jest ważna nawet jak wyjdziemy spod ziemi i wrócimy do metra za jakiś czas. Ważne jest, że nie "skasujemy" karty w innym rodzaju środka lokomocji miejskiej.
Metro w Tbilisi jest bardzo ciekawe. Przede wszystkim jest dość starawe. Otwarto je w 1966 roku i od tamtego czasu, aż do upadku Związku Radzieckiego było stale rozbudowywane. Jest również bardzo głębokie, ponieważ musi przebijać się przez góry i rzekę.
Zjeżdżam więc bardzo szybkimi schodami ruchomymi w dół na stację Avlabari. Pomimo ich szybkości droga ciągnie się i ciągnie. Po kilku minutach znajduję się w końcu już na peronie stacji i pierwsze co dostrzegam, to jej brzydotę i brak jakichkolwiek zdobień. Całe szczęście informacje o stacjach są również napisane w naszym alfabecie, a w środku wagonika możemy usłyszeć również angielskie zapowiedzi stacji przez co nie sposób się w nim zgubić.


Stary, radziecki skład z wolna wtoczył się na stację. Ich prędkość nie jest wybitnie duża. Wynosi około 30 km/h. Ważne jest tutaj jednak to, że jedzie oraz to, że jest bardzo tanie i w miarę wygodne.
Metro posiada dwie linie oraz jedną stację przesiadkową - Station Square (სადგურის მოედანი), a całość obu linii posiada prawie 30 km długości.
Polecam nawet krótką przejażdżkę tym środkiem, ponieważ jest to niewątpliwie niebywała okazja, żeby cofnąć się o te kilkadziesiąt lat wstecz.

Będąc jeszcze w Tbilisi warto przespacerować się ulicą Dawida IV Budowniczego (David Agmashenebeli Avenue). Jest to jedna z bardziej reprezentacyjnych ulic w stolicy, pełna ciekawych sklepów, które nie są dostępne w naszej części Europy. Gwarna szosa żyje również w nocy. Można spotkać na niej rodziny z dziećmi, czy też pary, które spacerując odpoczywają po codziennej pracy.