Przejdź do głównej zawartości

Gruzja w tydzień (cz. I: Kutaisi)


Z czym kojarzy się Gruzja Polakom? Na pewno ze smacznym winem, niedawnym konfliktem z Rosją oraz pozostałościami Związku Radzieckiego gdzieniegdzie jeszcze znajdującymi się pośród zapomnianych i porzuconych miejsc. Na pewno jest to też zapach smacznego jedzenia i przypraw oraz z widok pięknych i strzelistych gór. Jeszcze co poniektórzy będą mieć z pewnością w pamięci utwór Filipinek "Batumi" i złote czasy tego nadmorskiego kurortu, które było marzeniem niejednego Polaka.
Gruzja na pewno pozostaje krajem nadal nie do końca "odkrytym", pomimo trwającego od kilku lat rozkwitu turystyki w tym państwie. Jest to poniekąd bardzo dobre, ponieważ cały czas zachowuje swój niesamowity klimat, a magia tych miejsc i odmienność od reszty Europy oczarowuje. 


Gruzję miałem okazje odwiedzić na początku kwietnia. Termin wydawał się idealny. Poza sezonem, więc nie powinno być dużo turystów w większych miastach i na początku wiosny, kiedy nie jest jeszcze bardzo gorąco. Plan się sprawdził niemal idealnie. W ciepłe, słoneczne dni można było chodzić w samej bluzce, ewentualnie w rozpiętej bluzie. Kurtkę użyłem tylko dwa razy - w chłodną noc w Kutaisi i w wysokich górach Kaukazu. Turystów zza granicy też nie było wiele okazji spotkać po drodze. Pojawiali się oni dość sporadycznie. Poza grupą Koreanek niedaleko Przełęczy Krzyżowej, kilku Polaków, których minąłem idąc wąskimi i ciasnymi ulicami Tbilisii, napotykałem ich głównie w stricte turystycznych miejscach takich jak Stepancminda, czy Batumi. Najwięcej jednak, prócz gruzińskiego języka, możemy usłyszeć również rosyjski. Język ten zna nadal większość mieszkańców tego wciśniętego pomiędzy góry państwa. Jest to, jak wiadomo, pozostałość sowieckich wpływów na te ziemie. Znajomość cyrylicy i kilku rosyjskich słówek bardzo nam ułatwia kontakt. Turystów z Rosji możemy spotkać bardzo często przemierzając ten kraj, szczególnie w północnej części. Wielokrotnie zdarzało mi się mijać samochody na rosyjskich "blachach", które zatrzymywały się przy mniej lub bardziej malowniczych miejscach.

W trakcie tygodniowego pobytu udało mi się zwiedzić praktycznie całą Gruzję, od wielkomiejskiego Tbilisi przez góry Kaukazu, aż do słonecznego i deszczowego Batumi. Całe siedem dni i ponad 1700 km przejechanych po trasie:
Kutaisi - Gori - Upliscyche - Tbilisi - Signagi - Kaukaz (Stepancminda) - Mccheta - Batumi - Kutaisi
Drogi w Gruzji nie są w świetnym stanie. Trasa nie raz wiodła przez dziurawą i wąską jezdnię, ale nikt nie zwracał na to uwagi zachwycając się w tym czasie szerokimi dolinami, w których pełno było małych domków poustawianych nieregularnie niczym piegi rozrzucone na twarzy małego dziecka... Nie raz asfalt urywał się, żeby ustąpić miejsce piachu i kamieniom. Gruziński styl prowadzenia auta też jest bardzo ciekawy. Z jednego szerokiego pasa na jezdni potrafią zrobić go półtora, a dodatkowy pas na górskiej i stromej drodze służy nie raz do wyprzedzania z naprzeciwka, pomimo podwójnej ciągłej linii. Przepisy są tutaj pojęciem względnym, więc trzeba niestety uważać. No, ale wszystko od początku ;)


 

 

KUTAISI 

 


Kutaisi jest trzecim, pod względem wielkości, miastem w Gruzji. Znajduje się tutaj, co najważniejsze dla nas, lotnisko na które dostaniemy się tanimi lotami WizzAir z Polski. Jest również możliwość dostania się LOTem do Tbilisi.
Miasto w ostatnich latach bardzo mocno zaczęło inwestować w turystykę. Stało się tak właśnie od czasu reaktywacji portu lotniczego.
Czytałem wiele relacji gdzie Kutaisi, jak i cały region, bywał opisywany jako dość mocno zniszczony i zrujnowany. Możemy to szczególnie zauważyć jak wybierzemy się w do Jaskini Prometeusza na północny-zachód od Kutaisi. Po drodze na pewno będziemy mieli okazję przejechać przez Ckaltubo. Znajdują się tam pozostałości po dawnych ośrodkach sanatoryjnych, które działały prężnie w czasach Związku Radzieckiego. Liczne wielopiętrowe budynki z wybitymi oknami, które znajdują się pośród pięknych oraz zielonych pagórków, przypominały mi budowle rodem wyjęte z opuszczonych osiedli w Prypeci i Czarnobylu. Tak rysowały mi się właśnie pierwsze widoki z tego kaukaskiego kraju.
Dotarcie na miejsce do Kutaisi utwierdza nas w zupełnie innym przekonaniu niż ten, który sugeruje nam internet. Stary lunapark z zardzewiałą kolejką linową, która dowiezie nas na szczyt góry, na którym znajduje się mocno podupadły diabelski młyn, kontrastuje wraz z wyremontowaną fontanną, nowoczesnym McDonaldem i okolicami głównego placu.
Odwiedzając Kutaisi na pewno nie pominiemy katedry Bagrata. Budowla z 1003 roku wzbudza liczne kontrowersje nie tylko w Gruzji. Rosjanie zniszczyli ją w XVIII wieku i pozostałe po wysadzeniu ruiny straszyły aż do naszych czasów. W 2012 roku została ukończona rekonstrukcja katedry, która dokonała krótkiego spięcia na linii z UNESCO, domagającego się zachowania jej autentycznego stanu. W 2017 roku została wykreślona z listy światowego dziedzictwa.

W mieście mamy także targowisko, na którym panuje niesamowity klimat. Można spędzić tam wiele czasu błądząc po ciemnych uliczkach zastawionych licznymi straganami. Po wejściu na jego teren przenosimy się jakby do innego świata. Liczne owoce, przyprawy oraz podróby znanych produktów od razu rzucają się nam w oczy. Piękne zapachy gruzińskich przypraw cały czas unoszą się w powietrzu. Z dala czuć już szafran, chmeli-suneli, curry, czy swańską sól. Ludzie są bardzo przyjaźnie nastawieni. Na pewno pozwolą nam popróbować różnych rzeczy ze swojego stoiska, a także będziemy mieli okazję potargować się z babuszką o ich cenę. Co najważniejsze, produkty na targu możemy kupić już od 1 lari (~1,40 zł).


Ludzie w Gruzji są bardzo otwarci i przyjaźni. Wszak znana jest bardzo dobrze gruzińska gościnność oraz zamiłowanie do znakomitych potraw, a jak wiadomo przy uczcie i dobrym winie najłatwiej zawiera się znajomości.
Chodzenie po zmroku przez wąskie i strome uliczki Kutaisi (dotyczy się to w sumie też i całej Gruzji) jest bardzo bezpieczne. Nie ma tutaj zaczepiania kogokolwiek oraz jakiś dziwnie wyglądających, a wręcz groźnych sytuacji. Ba, gdzieniegdzie czułem się nawet bardziej bezpiecznie niż we własnej ojczyźnie.
Gruzini bardzo lubią Polaków. Utożsamiają się z naszą wspólną historią. Przypieczętowaniem tych relacji była wizyta prezydenta Lecha Kaczyńskiego wraz przywódcami Litwy, Łotwy, Estonii oraz Ukrainy podczas wojny w Osetii Południowej, kiedy to wojska rosyjskie pozorowały marsz na stolicę kraju - Tbilisi.


Pomimo ponad dekady dzielącej nas od tamtych wydarzeń pamięć ta cały czas pozostała. Kiedy odpowiedziałem, zaczepiony podczas jazdy metrem w stolicy, że jestem z Polski, na twarzy Gruzina od razu pojawił się wielki uśmiech, a jego ręce złożyły się do uścisku. Takie drobnostki bardzo cieszą, a człowiek pomimo bariery językowej czuje się naprawdę swojsko.

Wracając do Kutaisi - po mieście warto nie tylko przejść się po ścisłym centrum. Można przespacerować się też dalej poza jego obręb i poznać jak ludzie mieszkają tutaj naprawdę. Swojski i sielankowy klimat czuć nawet pomiędzy wciśniętymi między sobą starymi blokami, pamiętającymi jeszcze czasy Chruszczowa oraz Breżniewa. Gdzieniegdzie biegają kury, a na ławeczkach odpoczywają zmęczeni pracą ludzie. Miejscami czas zwalnia i zdaje się nie mieć kompletnego znaczenia.